Najciekawsze informacje z rynku:
Regał Nowości » Recenzje

Recenzje

„Efekty uboczne” Michael Palmer

Efekty uboczne Michael Palmer

  • Beata Wasilewska
Miłośnikom thrillerów medycznych z pewnością nie trzeba przedstawiać amerykańskiego pisarza – Michaela Palmera. Zmarły w 2013 roku lekarz i autor znany jest z wielu powieści, w których udało mu się zgrabnie połączyć wiedzę medyczną z mrożącą krew w żyłach sensacyjną fabułą, zapadającą na długo w pamięci czytelników.

„Efekty uboczne” to jedna z pierwszych, wydana w 1984 roku, powieści w dorobku Michaela Palmera, którą wydawnictwo Replika postanowiło przypomnieć polskim czytelnikom. Podobnie jak wznowiony nie tak dawno thriller „Siostrzyczki” trzyma dobry poziom i stanowi idealną formę rozrywki dla każdego, kto chciałby zagłębić się w meandry świata medycyny. Wprawdzie oddalonego od naszego polskiego podwórka, ale przeżywającego podobne problemy, szczególnie natury finansowej, co stanowi jedną z większych bolączek służby zdrowia, niezależnie od umiejscowienia jej na mapie.

„Efekty uboczne” to udany thriller medyczny z kontrowersyjnym tematem działalności wielkich korporacji farmaceutycznych w tle. Pojawia się w nim kwestia nieetycznie prowadzonych badań nad nowymi lekami oraz motyw nazistowskiego uczonego wywodzącego swoje eksperymenty z czasów II wojny światowej. Sensacyjnie poprowadzony prolog wprowadzający czytelnika w okrutne doświadczenia przeprowadzane na więźniarkach w obozach śmierci zapowiada najważniejszy z wątków powieści, czyli przeprowadzanie nielegalnych testów medycznych. Ale ciekawych i bardziej współczesnych motywów fabularnych w „Efektach ubocznych” znajdziemy dużo więcej.

Akcja powieści, pomijając odniesienia do funkcjonowania wojennej machiny Trzeciej Rzeszy, toczy się w bostońskim szpitalu, w którym pracuje patolog Kate Bennett. Pani doktor staje przed wyborem nowej drogi w dotychczasowej karierze medycznej, jednocześnie próbując ułożyć sobie życie prywatne. Bogaty i wpływowy teść próbuje uszczęśliwić ją na siłę, a mąż domaga się jasnej deklaracji dotyczącej ich wspólnej przyszłości. Problemy rodzinne schodzą na dalszy plan, gdy okazuje się, że dwie pacjentki, których pozornie nic nie łączy, mają podobne objawy ginekologiczne i w efekcie wykrwawiają się na śmierć.

Gdy do szpitala trafia jej przyjaciółka cierpiąca z powodu niekontrolowanego krwawienia, doktor Bennett postanawia znaleźć wyjaśnienie niezwykłych przypadków i pomóc chorej. Nie zdaje sobie sprawy, że wokół niej zwierają szyki siły, które nie chcą dopuścić do ujawnienia, niekorzystnej dla świata medycznego, prawdy. Od tej chwili młoda kobieta będzie musiała stawić czoła nie tylko swoim rywalom w pracy, ale również znacznie potężniejszym personom, którym nie na rękę jest jej zainteresowanie pewną korporacją.

Książka zawiera sporo terminologii właściwej dla lekarskiego świata, ale to nie przeszkadza w jej odbiorze. Wprawdzie nie analizowałam jakoś szczególnie różnych opisywanych przez Palmera przypadków medycznych, żeby sprawdzić czy są one możliwe, ale uznałam, że mogę zaufać  w powyższej materii autorowi – lekarzowi. Będąc laikiem, raz czy dwa zdecydowałam się sprawdzić znaczenie niektórych trudniejszych dla mnie pojęć. Pod tym względem uważam lekturę „Efektów ubocznych” za całkiem udane doświadczenie.

Wielkie pieniądze i medycyna. Chciwość i odwieczna żądza panowania nad światem. Kontrola urodzeń i zagrożenie bioterroryzmem. To najważniejsze kwestie, które Michael Palmer poruszył w swojej powieści. I chociaż jego bohaterowie funkcjonują w rzeczywistości sprzed ponad półwiecza to wiele z wątków wciąż jest aktualnych. Autor pisze zajmująco i w przemyślany sposób, potrafi zgrabnie połączyć tematykę zarezerwowaną dla wybranych – wszak nie wszyscy jesteśmy lekarzami, z trzymającymi w napięciu scenami rodem z najlepszych filmów sensacyjnych. Co powiecie na ucieczkę po śniegu przed mordercą, który wydawał się Waszym przyjacielem?

Czytając powieść Palmera parokrotnie natkniemy się na egalitarne motto towarzyszące niektórym bohaterom:

Najwięcej dobra dla największej liczby ludzi, za najniższą cenę.

Słowa te brzmią pięknie i dumnie. Warto zastanowić się nad ich głębszym znaczeniem. Moim zdaniem to jeden z ważniejszych problemów poruszonych przez autora powieści.

„Efekty uboczne” to smakowity kąsek dla wszystkich, którzy lubią się bać, ale potrzebują do tego trochę bardziej skomplikowanej fabuły, garści teorii spiskowych i zajmujących przypadków medycznych, które mogą wywołać panikę. Opisy niektórych szokujących przypadków medycznych są naprawdę obrazowe, mogą wywołać nagłą chęć przebadania się. Oby tylko nie przy bezgranicznym zaufaniu do systemów komputerowych, które wydają się wypierać czynnik ludzki przy podejmowaniu kluczowych decyzji dotyczących naszego zdrowia.

„Efekty uboczne” to książka pełna emocji, zwrotów akcji i ciekawych bohaterów. Zanim sięgniecie jednak po kolejny lek, zerknijcie do „Efektów ubocznych”. Kto wie, może coś jest na rzeczy? Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Rodzinne więzy” Julie Lawson Timmer

Rodzinne więzy Julie Lawson Timmer

  • Beata Wasilewska
Zdecydowana większość ludzi uważa, że rodzina jest niezbędnym warunkiem do tego, żeby być w pełni szczęśliwym. Najlepsze scenariusze na szczęście zakładają, że powinna to być rodzina tradycyjna, w której wszyscy się kochają i odwołują się do jasno określonych ról. Ale życie pisze różne scenariusze, nie zawsze zgodne z naszymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. Często stajemy przed wyzwaniami, które kształtują nasz charakter, burzą schematy i wystawiają nas na próbę. Dzieje się tak, gdy pragniemy zbudować właściwe relacje w rodzinie zrekonstruowanej, popularnie zwanej patchworkową. Opowieść o nietypowej rodzinie, jej dramatach, małych radościach i mozolnie budowanym szczęściu proponuje czytelnikom Julie Lawson Timmer w powieści, pt. „Rodzinne więzy”.

Stare i mądre powiedzenie głosi, że rodziny się nie wybiera. Ale czy na pewno? Julie Lawson Timmer zdecydowała rozprawić się z tym popularnym sądem. W swojej powieści postawiła na więzy, które łączą ludzi o wiele piękniej niż te, które, często tylko formalnie, występują w tradycyjnych rodzinach.

Gdy najważniejsza z więzi, obecna w rodzinie Char Hawthorn, zostaje nadszarpnięta za sprawą tragicznego w skutkach wypadku, kobieta musi zmienić swoje życie. Pozostawiona sama z nastoletnią pasierbicą rozumie, że nie ma już umocowania prawnego, by móc się nią opiekować. W jedną zimową noc idylliczny obraz szczęśliwej rodziny Bradleya, Char i Allie traci swój koloryt. Rozpoczyna się historia budowania szczęścia na nowo, w zupełnie innej, nieznanej i trudnej do poukładania przestrzeni, w której bohaterowie powieści starają się odnaleźć właściwe miejsce.

Char Hawthorn była żoną i macochą, mającą całkiem dobre notowania u piętnastoletniej Allie. Po śmierci męża stanęła na rozdrożu, musiała poradzić sobie z własnym smutkiem, ale także z uczuciami nastolatki, która potrzebowała jej wsparcia.

W jednej chwili Char była żoną, macochą, jedną trzecią rodziny, by za moment stać się nikim.

Relacje z Lindy – biologiczną matką dziewczyny – nie ułatwiały rozwiązania rodzinnych problemów. Zajęta swoimi sprawami i wiecznie zapracowana Lindy postanawia zdecydować o losie swojej córki, ale mieszka i pracuje w oddalonej o ponad trzy tysiące kilometrów Kalifornii. Dlatego na pewien czas, teoretycznie dla dobra córki, decyduje się oddać ją pod opiekę drugiej żony byłego męża. Z jednej strony niemająca czasu na macierzyństwo konsultantka z Hollywood, z drugiej Char znająca jedynie rolę macochy, a między nimi piętnastoletnie dziecko, które z dnia na dzień musiało zmienić swoje życie. Trzy bohaterki rodzinnego dramatu, którym autorka powieści przeznaczyła skomplikowane role. Ale to nie wszystko.

Na drugim planie toczy się historia dziesięcioletniej Morgan Crew dziewczynki, która przeszła długi szlak w rodzinach adopcyjnych, by na koniec trafić pod dach pary mającej syna o specjalnych potrzebach. Allie opiekuje się nią, udzielając jej korepetycji w ramach szkolnego programu liceum. Między dziewczynkami zawiązuje się ważna więź, która zdeterminuje ich dalsze losy. Pewnego dnia Morgan znika. Skomplikowane relacje rodziny Allie stają się jeszcze bardziej pogmatwane…

Julie Lawson Timmer napisała powieść o bolesnych sprawach, ale bez zbędnego bagażu negatywnych emocji. Fabuła złożona z codziennych drobiazgów, które w rzeczywistości towarzyszą każdemu z nas powoduje, że łatwo było się w niej odnaleźć. Postaci nie rozczarowują, ponieważ zachowują się naturalnie. Niektóre ich decyzje mogą drażnić i śmieszyć, ale przez swą nieprzewidywalność wzbudzają zaufanie. Po prostu są takie jakie być powinny.

Moim zdaniem historie opisane w „Rodzinnych więzach” są na wskroś prawdziwe. Autorka w piękny sposób zestawiła marzenie o prawdziwym macierzyństwie z matczyną troską i niedojrzałą biologiczną matką, która wykonuje swoje obowiązki tylko wtedy, gdy jej harmonogram zawodowy na to pozwala.

„Rodzinne więzy” Julie Lawson Timmer to powieść o rozpaczliwym pragnieniu bezwarunkowej miłości, ale także o braku matczynej troski i budowaniu rodziny na nowym fundamencie. Autorce udało się nawiązać kontakt z czytelnikami poprzez przemyślaną opowieść, w której starała się posklejać, rozbite na drobne kawałeczki, dotychczasowe życie swoich bohaterów. Oddała atmosferę codziennych relacji międzyludzkich, zwyczajnych czynności i spraw.

Poza tym wprowadziła do swojej powieści naprawdę ważny temat, czyli kwestię funkcjonowania rodzin zastępczych. Zrobiła to z dużym wyczuciem, gdyż na pewno nie jest łatwo odnieść się do porzucania dzieci przez ludzi, którzy z bardzo różnych pobudek decydują się wejść w role opiekunów prawnych. Warto zgłębić tę tematykę, tym bardziej, że skala problemu, również w Polsce, jest ogromna i ważna.

Komu mogę polecić lekturę „Rodzinnych więzów”? Myślę, że wszystkim tym, którzy cenią sobie dobrze opowiedziane historie. Zwyczajne, ale jednocześnie poruszające problemy, które są nam bliskie. Powieść Julie Lawson Timmer to interesujący głos wpisujący się w dyskusję o rodzinie, system opieki zastępczej i kwestie prawne regulujące funkcjonowanie rodziny, gdy rodzic umiera. Warto przeczytać książkę, która wzrusza, czasem bawi, ale daje również wiele do myślenia. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Jeśli tylko…” Karolina Klimkiewicz

Jeśli tylko… Karolina Klimkiewicz

  • Beata Wasilewska
Sięgając po książkę Karoliny Klimkiewicz, pt. „Jeśli tylko…” spodziewałam się lekkiego, letniego romansu, idealnego na wakacyjny urlop. Lektura kilku pierwszych stron powieści podtrzymała we mnie to, jakże mylne, przekonanie. A co było dalej? Niekonwencjonalnie, zaskakująco i świeżo.

Oto bowiem, już na samym początku, pojawiła się para bohaterów. On – przystojny, z dobrymi perspektywami na przyszłość i ona – piękna, ale tajemnicza dziewczyna z plaży. Wszystko wskazywało na to, że będę świadkiem rodzącego się powoli płomiennego romansu między bohaterami, którzy znali się od dzieciństwa. A jednak tak się nie stało, a przynajmniej nie tak, jak mogłam się tego spodziewać.

Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem okazała się narracja zastosowana w powieści, która jest prowadzona z perspektywy głównego bohatera – mężczyzny. To ciekawy zabieg, ponieważ męski punkt widzenia zawsze wprowadza świeże spojrzenie na kontakty obu płci. Należy wszak pamiętać, że powieść napisała kobieta, co z kolei zapewnia sporo emocji i kobiecego spojrzenia.

Tak czy inaczej, Leo przedstawia nam swoją historię, skupioną wokół najważniejszej kobiety jego życia – Leili. To w jej towarzystwie, niezależnie od okoliczności, Leo czuje się najlepiej. Bo ona wydaje się być zawsze dla niego, niczym przeznaczenie, którego nie jesteśmy w stanie zmienić. Leila jest piękna i wyjątkowa. Ale kim jest naprawdę? Jaką tajemnicę skrywa dziewczyna, którą można spotkać tylko na plaży? Leo próbuje zrozumieć istotę związku z kimś, kto rozumie go lepiej niż on sam. Gdy jego wierna przyjaciółka decyduje się na chwilę usunąć w cień, Leo próbuje ułożyć sobie życie i buduje związek z inną kobietą. Nie jest to jednak łatwe, bo Leo jest trudnym, w gruncie rzeczy bardzo egoistycznym partnerem.

Kobiety w moim życiu dzieliły się na stałe, jednorazowe i partnerki na jedną noc. Stałe zazwyczaj wytrzymywały najdłużej pół roku, jednorazowe towarzyszyły mi w niektórych okolicznościach – na weselu kumpla, imprezie, balu maturalnym czy wypadzie do kina na fajny film.

Egoizm mężczyzny ma swoje uzasadnienie w dzieciństwie Leo. Prędzej czy później uświadomi sobie pewne ważne okoliczności determinujące jego los. Nowe wydarzenia zmieniają zupełnie postrzeganie związku Leili i Leo, ale mają również wpływ na odbiór powieści. W moim przypadku pojawienie się wątku zmierzającego do rozwiązania tajemnicy pięknej kobiety z nadmorskiej plaży całkowicie zmieniło podejście do opisywanej historii. Powieść stała się nietuzinkowa i jedyna w swoim rodzaju.

Szczerze mówiąc takiego obrotu spraw się nie spodziewałam rozpoczynając lekturę powieści. Dość powiedzieć, że byłam pod wrażeniem, ponieważ autorce udało się odnieść do bardzo ważnych problemów, dotykających niejedną kobietę i niejedną rodzinę. Uczyniła to delikatnie i z wyczuciem. Niełatwo jest pisać o stracie, radzeniu sobie z bólem po śmierci bliskich.

Jednocześnie Karolina Klimkiewicz tak pięknie pisze o nadziei, matczynej i bezwarunkowej miłości, silniejszej niż śmierć. Wszystko to wzrusza i wywołuje spektrum emocji, które towarzyszyły mi do ostatniego rozdziału książki „Jeśli tylko…”.

Powieść kończy się pozytywnym przekazem, który uświadamia nam, że życie po starcie bliskich nigdy nie jest takie samo jak przedtem, ale zawsze możliwe jest odkrycie jego sensu na nowo. I wówczas z całą pewnością możemy być równie szczęśliwi.

„Jeśli tylko…” to powieść obyczajowa, która w oryginalny sposób mierzy się z problemami dotykającymi wielu z nas, z zagubieniem w uczuciach, doświadczaniem żałoby i stratą, którą tak trudno zaakceptować. Stanowi piękną deklarację miłości, wobec której nikt nie pozostanie obojętnym.

Powieść należy do tej grupy książek, które pamięta się na długo po przeczytaniu, ponieważ jej bohaterowie potrafią znaleźć miejsce w naszym sercu, aby wzruszać i ujawniać przed nami najbardziej skrywane emocje. Warto sięgnąć po debiut literacki Karoliny Klimkiewicz, ponieważ tą książką autorka zaskarbia sobie zaufanie. Moją duszę poruszyła do głębi, za co dziękuję. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Siostrzyczki” Michael Palmer

Siostrzyczki Michael Palmer

  • Beata Wasilewska
Michael Palmer – lekarz i autor bestsellerowych thrillerów medycznych zmarł w 2013 roku. Do dziś uważany jest za jednego z ważniejszych pisarzy zajmujących się tą tematyką. Jego książki przetłumaczono na trzydzieści pięć języków i wydano w wielu krajach, w tym również w Polsce. Wydawnictwo Replika postanowiło przypomnieć debiutancką powieści Michaela Palmera z 1982 roku pt. „Siostrzyczki”.

Powieść z pewnością docenią miłośnicy gatunku, chętnie sięgający po książki, których akcja rozgrywa się w szpitalach, pośród ratującej życie medycznej aparatury, w otoczeniu lekarskich kitlów i pielęgniarskich uniformów.

„Siostrzyczki” to zajmujący thriller medyczny z kontrowersyjnym i skłaniającym do refleksji problemem eutanazji w tle. Nie spodziewajcie się jednak poważnej dysputy na ten temat. Owszem, temat istnieje, ale służy raczej temu, aby podtrzymać napięcie na wysokim poziomie, dostarczyć czytelnikom dobrej rozrywki i pozwolić im w ekscytacji dotrwać do zaskakującego zakończenia.

Czas przedstawić fabułę powieści. Oto w jednym z bostońskich szpitali pacjenci po przeprowadzonych z sukcesem operacjach umierają w tajemniczych okolicznościach. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje poza grupą pielęgniarek należących do tak zwanego Stowarzyszenia Sióstr Życia. Jest to tajna organizacja, której członkinie uśmiercają nieuleczalnie chorych pacjentów dla ich dobra, w imię celów etycznych decydują się ulżyć cierpieniu tych, którzy funkcjonują w większości przypadków dzięki działającej aparaturze medycznej. Podając im śmiertelną dawkę morfiny wierzą, że śmierć pacjenta będzie spokojna i łagodna.

Członkinie stowarzyszenia działają w dobrej wierze, wśród nich jedna z głównych bohaterek powieści, pielęgniarka Christine Beall. Poza nimi funkcjonuje również grupa członkiń Ogrodu. Ich działalność nie ogranicza się jedynie do przypadków, którymi zajmuje się Stowarzyszenie Sióstr Życia. Nie chodzi im już tylko o eutanazję, zabijają na zlecenie, z chęci zysku. O tej grupie wiedzą nieliczni, wśród nich szefowa doktora Davida Sheltona, który w powieści „Siostrzyczki” jest postacią pierwszoplanową.

David jest chirurgiem, próbuje odbudować swoją karierę po tragicznym wypadku rodzinnym i osobistym kryzysie. Zgadza się przejąć pacjentów jednego z utytułowanych lekarzy, bo może być to droga do wymarzonego sukcesu. Skutki tej decyzji okażą się fatalne, jeden z pacjentów umiera, David zaś zostaje oskarżony o zabójstwo.

Od tego momentu akcja „Siostrzyczek” nabiera tempa. Do tego stopnia, że wraz z bohaterami musimy uciekać przed mordercą niemającym żadnych skrupułów. Po drodze giną ludzie, niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, ale zbliża również do siebie młodego chirurga i mającą wyrzuty sumienia pielęgniarkę. David i Christine wspólnie próbują dotrzeć do prawdy. Pomagają im zarówno postaci, jak i umiejętnie zastosowane przez autora powieści nagłe zwroty akcji.

Powieść Michaela Palmera to dobrze opowiedziana historia, która momentami potrafi przyspieszyć puls czytelnika. Na uwagę zasługuje motyw ucieczki przed mordercą działającym na zlecenie. Ponadto zaciekawiła mnie kreacja postaci. Uważam, że zostały skrojone wiarygodnie. Autor był lekarzem, miał więc z pewnością sprawdzoną wiedzę na temat stosunków panujących wśród personelu medycznego, jak i procedur obowiązujących podczas zabiegów i operacji.

Jedyny mankament, jak dla mnie, to samo zakończenie, które mogłoby być bardziej złożone. Moim zdaniem, wobec wcześniej przedstawionej akcji, wypadło trochę blado. Z drugiej strony można to złożyć na karb debiutu pisarskiego. Wówczas warto dać mu szansę i dopowiedzieć sobie resztę.

Powieść „Siostrzyczki” czyta się dobrze, to pozycja dla tych, którzy lubią ciekawie zawiązaną intrygę, medyczne historie z dreszczykiem i sensacyjną fabułę. Wydaje się, że jest to dobra książka na wakacyjny urlop. Przestrzegałabym jednak przed czytaniem jej w szpitalnym łóżku. W tym wypadku mogłaby okazać się niebezpiecznym lekarstwem na nudę. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Poszukiwana” Dean Koontz

Poszukiwana Dean Koontz

  • Beata Wasilewska
Dean Koontz jest jednym z najpopularniejszych pisarzy amerykańskich, który ma w swoim dorobku niebagatelną liczbę sprzedanych książek. Ponad 450 milionów egzemplarzy robi wrażenie. Kilkadziesiąt powieści i opowiadań napisanych w ciągu niemal pięćdziesięciu lat może imponować. Wiele z nich trafiło na wszelkie możliwe listy bestsellerów, część została sfilmowana, inne zostały uhonorowane ważnymi nagrodami. Prawdopodobnie wśród wielbicieli literatury grozy, thrillerów i wszelkich niesamowitości powieści Deana Koontza zajmują poczesne miejsce. Czy do tego grona należy powieść „Poszukiwana”? Warto się przekonać.

Opowieść, którą Dean Koontz serwuje czytelnikom jest thrillerem, po części okraszonym elementami horroru, magii i pewnej nadprzyrodzoności. Chwilami niepokojąca, nieco paranoiczna, a nawet absurdalna i niedorzeczna, „Poszukiwana” jest pełna niespodzianek. Rozpoczynając lekturę lepiej być przygotowanym na wydarzenia rozgrywające się na granicy prawdopodobieństwa. Niektóre z nich mogą zaskoczyć swym surrealizmem. Jednocześnie mogą świadczyć o sile wyobraźni autora, który napisał powieść o roli podświadomości i imaginacji, mających wpływ na nasze życie.

Historia rozpoczyna się od dramatycznej diagnozy lekarskiej, którą usłyszała Bibi Blair, młoda i energiczna pisarka. Lekarze nie mają wątpliwości – czeka ją najwyżej rok życia. Na tyle czasu liczyć może pacjentka z glejakowatością mózgu. Rokowania są złe, ale Bibi mówi: „Zobaczymy”. Ona nie chce się poddać. I rzeczywiście zdarza się cud – nagle choroba znika. Dziewczyna może wrócić do domu. Uszczęśliwieni rodzice postanawiają sprawić córce wyjątkowy prezent. Inicjują spotkanie z tajemniczą wróżbitką, która uświadamia Bibi, że w zamian za dar życia będzie musiała zapłacić. Wyznaczono jej zadanie – ma znaleźć i ocalić Ashley Bell. Ale kim jest tajemnicza kobieta? Gdzie przebywa? W jaki sposób związana jest z bohaterką? Kwestie te są tajemnicą dla wszystkich.

Od tej chwili rozpoczyna się niewiarygodna sekwencja zdarzeń, które wymykają się zdrowemu rozsądkowi. Bibi Blair wyrusza na poszukiwanie tajemniczej Ashley Bell, staje się celem wrogo nastawionych ludzi, spotyka na swej drodze wszelkiej maści dziwaków, psychopatów przepełnionych nienawiścią, w tym neonazistę, który usiłuje zmusić ją do zakończenia wyjątkowej misji.

Tempo powieści jest szybkie, nagłe zwroty akcji wprowadzają czytelnika na coraz to nowe ścieżki absurdu. Mamy wrażenie, że coś tutaj jest nie tak. Gdy myślimy, że już dziwniej być nie może autor podaje kolejne wskazówki, które uspokajają nas, bo wracamy na właściwe tory. Przynajmniej tak nam się wydaje. Kiedy w szpitalnej sali widzimy bohaterkę pogrążoną w śpiączce mamy wrażenie, że Dean Koontz zdradził już wszystko. Oto młoda dziewczyna ma pełne fantazji, niemal dadaistyczne sny. W jakiś sposób łączy się telepatycznie ze swoim chłopakiem. To jedna z postaci, które otaczają bohaterkę, są dla niej ważne i mają na nią wpływ. Wprowadzenie narracji z punktu widzenia Paxtona, żołnierza Marynarki Stanów Zjednoczonych sprawia, że zmienia nam się perspektywa postrzegania wydarzeń z pogranicza jawy i snu. Nasza wspólna wędrówka trwa nadal. Rzeczywistość i wyobraźnia splatają się z sobą, i zaskakują na każdym kroku. Jeśli zaakceptujemy pomysł autora możemy bez przeszkód śledzić jego surrealistyczną opowieść.

„Poszukiwana” to książka o sile wyobraźni, potędze podświadomości, ale także o koncepcji wolnej woli, która może pokonać wszelkie zło. W pewnym sensie jest to opowieść, która zawiera refleksje o przechodzeniu choroby. O raku, którego trudno jest zaakceptować i zrozumieć, z którym wciąż się walczy i nadal się przegrywa. Bibi Blair postanowiła powiedzieć śmiertelnemu zagrożeniu stanowcze nie.

Dean Koontz napisał powieść, w której strach miesza się z nadzieją. Wspomnienia z dzieciństwa determinują dorosłe życie. Podświadomość wpływa na nasze działania. Całość przybrała formę, którą zaakceptują wielbiciele literatury grozy, thrillerów, tajemnic i przygody w świecie wymykającym się wszelkim normom. „Poszukiwana” to oryginalna i trzymająca dobry poziom książka. Ciekawa, zaskakująca, skłaniająca do refleksji.

Przeczytajcie, pozwólcie sobie na odrobinę szaleństwa. Nie wszystko w naszym świecie poddaje się tylko rozumowi. A życie może być pełne niespodzianek. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Ciemna Strona Światła. Tunel Zagłady” Katarzyna Byjoś

fantasy landscape with big moon in the forest

  • Marta Młodawska
Decydując się na recenzowanie książek dziecięcych ponad rok temu, nie przypuszczałam, że z taką ciekawością będę sięgać po książki dla młodzieży z kategorii fantastyka.

Czekała na mnie historia zaczynająca się niezwykle zwyczajnie…

Kiedy już zagłębiłam się w lekturę książki poznałam wiele postaci tej opowieści, które razem tworzą plejadę bohaterów. Początkowo sądziłam, że to Mia będzie nadrzędną postacią tej opowieści. Myliłam się. Mia jest zwyczajną nastolatką, która myśli jak typowa dziewczyna w jej wieku. Kocha się w koledze z innej klasy, lubi spędzać czas z koleżankami, a zajęcia szkolne są tylko niemiłym epizodem w jej życiu.

Pewnego razu dziewczyna odkrywa w sobie tajemnicze moce, które mają nieopisaną siłę działania. Mia zostaje wplątana w niesamowity wir zdarzeń, z którego wyłoni się postać o zupełnie innym charakterze i spojrzeniu na świat. I, co ciekawe nie tylko ona posiada nadprzyrodzone zdolności…

Nie ukrywam, że czytając polską fantastykę dla młodzieży patrzę na opisywane historie nieco z góry, z perspektywy dorosłego człowieka. Co nieco tytułów zagranicznych również zaliczyłam. I jakkolwiek, by nie chwalić polskich autorów za próbę dotarcia do młodego czytelnika oraz pisanie historii z morałem, to męczy mnie okropnie myśl, że trudno naszym autorom wymyślić coś naprawdę oryginalnego.

Nie, nie uważam, że „Tunel Zagłady” jest złą książką. Tylko mam wrażenie, że jest w dużej mierze oparta na odtwarzaniu, bądź przystosowywaniu epizodów, pomysłów i zdarzeń z powieści fantasy światowego formatu.

Mimo powyższych zastrzeżeń, polecam Wam tę książkę, ponieważ będzie to kolejna historia, która wciągnie Wasze dzieci bez reszty. Przelane na papier przeżycia Mii mają wszelkie predyspozycje, by sprawić, że Wasze dziecko będzie identyfikować się z bohaterami. Marta Młodawska Domowa Księgarnia

„Ciemniejsze niebo” Mari Jungstedt, Ruben Eliassen

Ciemniejsze niebo Mari Jungstedt, Ruben Eliassen

  • Beata Wasilewska
Często sięgam po książki skandynawskich autorów, szczególnie zaś po powieści kryminalne, w których, wychodząc poza samą zagadkę, staram się zrozumieć tak zwaną szwedzką duszę. Opisywane zbrodnie często są pretekstem do ukazania kontekstu społecznego, obyczajowego lub politycznego. Punkt widzenia pisarzy staram się porównać z własnymi refleksjami dotyczącymi mieszkańców Skandynawii, szczególnie Szwecji, do której mam przyjemność podróżować od wielu lat.

Na liście uznanych autorów rodem z Północy znajduje się Mari Jungstedt, kolejna dziennikarka, która na dobre zajęła się pisaniem powieści kryminalnych. Najbardziej znaną serią są jej powieści opowiadające o zbrodniach dokonywanych w pięknych plenerach Gotlandii. Niedawno pisarka nawiązała współpracę z norweskim pisarzem fantasy Rubenem Eliassenem – laureatem nagrody National Book Awards. W efekcie powstała wspólna powieść „Ciemniejsze niebo”, czyli pierwsza część nowej serii kryminalnej „The Canary Island”.

Jak już wspomniałam, bardzo ważne w szwedzkich czy norweskich kryminałach są miejsca i środowisko społeczne, w których dochodzi do opisywanych zbrodni. „Ciemniejsze niebo” umieszcza historię kryminalną w neutralnym dla Szwedów, ale znanym terenie wakacyjnym, w którym spędzają oni swoje urlopy, na Wyspach Kanaryjskich. To miejsce przyciąga spragnionych słońca turystów jak magnes. Cieszą się ciepłem, lokalnymi przysmakami hiszpańskiej kuchni, dobrymi trunkami i piękną przyrodą. W takiej scenerii niełatwo jest mierzyć się z serią okrutnych zbrodni.

Oto bowiem na plaży zostają znalezione zwłoki szwedzkiej turystki, ułożenie ciała i ogólny sztafaż przywołują słynny obraz włoskiego malarza z XV wieku. Zamordowana kobieta wygląda jak bohaterka renesansowego dzieła „Narodziny Wenus”. Do takich wniosków dochodzą osoby bezpośrednio zaangażowane w prowadzone na Gran Canarii śledztwo. Poza miejscową policją w sprawie uczestniczą dziennikarka szwedzkiej gazety, Sara Moberg oraz pracownik konsulatu skandynawskiego w Las Palmas, Kristian Wede. Duet bohaterów dość szybko odkrywa nić łączącą morderstwo z centrum jogi i jej charyzmatycznym właścicielem Samsarą. Zanim pojawią się nowe tropy, mieszkańcy wyspy jeszcze kilkakrotnie zetkną się z podobnymi, bo nawiązującymi do dzieł sztuki, scenami zbrodni. I chociaż pomysł nie wydaje się zbyt nowatorski, to odniesienia te stanowią ciekawą otoczkę przedstawianych wydarzeń. Podobnie jak historia pewnej hiszpańskiej rodziny rybaków, która opowiadana w tle, po pewnym czasie rzuca światło na prowadzone dochodzenie.

„Ciemniejsze niebo” to kryminał, który w środku zimy, zabiera nas do ciepłego kraju, pełnego słońca. Okraszony nutą lekkiego erotyzmu sprawia wrażenie napisanego dla tych, którzy spragnieni wakacyjnych wrażeń zostają skonfrontowani z całym smutnym bagażem ludzkiej egzystencji. Każdy ma swoje problemy, złe wspomnienia, niezrealizowane pragnienia i tajemnice. Ani piękno krajobrazów, ani poszukiwanie równowagi duchowej w renomowanym ośrodku jogi, ani nocne eskapady do popularnych tawern i barów, nie są w stanie osłodzić niektórym bohaterom goryczy ich życiowych porażek. Przywodzi to na myśl niektóre seriale obyczajowe, w których dużą rolę odgrywają zarówno perypetie uczuciowe jak i codzienne problemy, tak podobne do naszych.

„Ciemniejsze niebo” to współczesna opowieść o zbrodniach, nieczystej miłości i trudnych relacjach małżeńskich ze Szwedami w rolach głównych. Poznajemy ich punkt widzenia i mentalność w kontekście obcego dla nich środowiska. Nawet wieloletnie przebywanie wśród miejscowej ludności czy życie w luksusie nie pozwala im żyć pełnią życia. Autorzy powieści próbują w ten sposób budować klimat tajemnicy, wychodzić poza zagadki kryminalne, obalać mit sielskiej natury popularnych wakacyjnych kurortów.

Powieść napisana jest prostym językiem, czyta się ją szybko, choć w odbiorze przeszkadzać mogą stereotypowe stwierdzenia związane ze sztuką, a także, moim zdaniem, zbyt ugrzecznione dialogi, które dodają postaciom pewnej sztuczności. Może zawdzięczamy to tłumaczeniu, a może samym autorom. Tego nie wiem.

Jeśli chodzi o sprawę kryminalną, dość szybko możemy przewidzieć kto jest odpowiedzialny za zbrodnie, choć przyznam, że niektóre wątki sprytnie próbowały wodzić mnie za nos. ”Ciemniejsze niebo” to książka, która daje przyjemność czytania, ale chciałabym, żeby kolejne tomy w serii kryminalnej bardziej angażowały komórki nerwowe mojego mózgu.

Oddając się lekturze, ponownie przyjrzałam się obrazom, do których nawiązywały sceny opisywanych zbrodni. Ich analiza z pewnością daje dużo możliwości i dodatkowo urozmaica odbiór powieści.

Jeśli w przyszłości spotkam się z bohaterami literackimi stworzonymi przez skandynawski duet na pewno będę kibicować Kristianowi Wede, pogubionemu życiowo, ale próbującemu na nowo zbudować relacje rodzinne, byłemu policjantowi. Sarze Moberg mogę dać jeszcze szansę, mimo że denerwowała mnie swą zadufaną postawą. Skoro mnie irytowała to znaczy, że nie była tylko drewnianą marionetką, żyła na kartach książki, a to już spory sukces.

„Ciemniejsze niebo” zapowiada nową serię powieści kryminalnych, których akcja toczy się w gorącej, urlopowej atmosferze. Mam nadzieje, że kolejne książki napisane przez Mari Jungstedt i Rubena Eliassena postawią przed ich bohaterami nowe wyzwania, a nam, czytelnikom, pozwolą spędzić miło czas. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Cukierenka Panny Euforbii” Luigi Ballerini

Cukierenka Panny Euforbii Skrzat

  • Marta Młodawska
„Cukierenka Panny Euforbii” to kolejna historia dla młodych czytelników, która skradła moje serce. Pełna radości, zabawy i słodkości, które czynią świat piękniejszym.

Książka, nie dość, że jest ciekawa i wciągająca, to swoim stylem nawiązuje do najlepszych tytułów literatury dziecięcej, które ukazały się w przeszłości.

Z historii, napisanej przez Luigiego Balleriniego, bije radość. Radość tak zaraźliwa, że nawet ja – dorosła – nie przestawałam się uśmiechać w trakcie lektury. Myślę, że duża w tym zasługa autora, który przelał na papier, charakterystyczną dla Włochów, pogodę ducha i chęć do życia.

Główna bohaterka, Marta, jest ciekawą świata dziewczynką. Wychowuje się w domu babci. Kobiety dobrej, ale owładniętej obsesją na punkcie bezpieczeństwa wnuczki. Stara się małą chronić nawet wtedy, gdy nie jest to konieczne. Pewnego dnia dziewczynka trafia do cukierni panny Euforbii. Persony trochę zdziwaczałej i nieco szalonej.

Panna Euforbia jest mistrzynią w swoim fachu i posiada tajemną wiedzę, która sprawia, że jej ciasteczka mają magiczną moc. Niestety, jej cukiernia jest usytuowana w miejscu, gdzie mało kto zagląda i właścicielka, zamiast cieszyć się sławą mistrzyni cukiernictwa, musi myśleć o przetrwaniu.

Właścicielka cukierenki, by przetrwać, decyduje się na zorganizowanie kursu kulinarnego poświęconego wypiekom. Do kursu przystępuje dwoje kursantów – Marta oraz nieśmiały i cichy Matteo. Marta i jej kolega nie wiedzą jeszcze, że to początek wielkiej przygody i zmian.

Autor napisał historię pełną nadziei i optymizmu. „Cukierenka Panny Euforbii” kipi miłością do życia, świata i gotowania. To doskonała lektura dla dzieci wchodzących w wiek dojrzewania, dla których otaczający świat może być bardzo przytłaczający. Marta Młodawska Domowa Księgarnia

„Siedem minut po północy” Patrick Ness

siedem minut

 

  • Diana Chmiel
Cieszę się, że niektóre historie do mnie wracają. Siedem minut po północy przeczytałam dawno temu, (choć wydane zostało w 2013 roku, więc to raptem trzy lata). Nie zapomnę momentu, kiedy wzięłam ją z półki w bibliotece, pamiętam swoje zdziwienie, że książka niby dla młodzieży, a tu takie straszne ilustracje; byłam mocno zaintrygowana. Przeczytałam ją od razu, jak tylko przyszłam do domu. Historia napisana przez Patricka Nessa, a wymyślona przez Siobhan Dowd okazała się fenomenalna pod każdym względem.

Trzynastoletni Connor mógłby być typowym nastolatkiem, ze wszystkimi plusami i minusami tego wieku, gdyby nie dwie rzeczy. Mama chora na raka i potwór w ogrodzie. Choroba matki określa życie chłopca i jego relacje z rówieśnikami. Potwór pojawia się siedem minut po północy, by żądać od chłopca czegoś, co naprawdę go przeraża – prawdy. Jak Connor poradzi sobie z potworem, jak potwór zmusi Connora do wyznania prawdy, co jest prawdą i jak te wszystkie rzeczy się łączą – musicie przeczytać, żeby się dowiedzieć. Trudno napisać coś więcej o fabule, bo jest skonstruowana tak, że opisując jeden element, zawsze zaczepi się o kilka innych. To spójny świat, w którym nic nie jest zbędne, każde zdanie autora ma cel, każdy przedmiot jest po coś, każda sytuacja ma sens.

Na samym początku napisałam, że książka jest fenomenalna. Na to składa się kilka rzeczy. Po pierwsze pomysł. Pojawia się tutaj w relacji dziecko-chory rodzic coś nowego i ten jeden element powoduje, że historia staje się wyjątkowa. Wszystkie wydarzenia prowadzą nas ku końcowi, który zaskakuje, zdumiewa, ale też nami wstrząsa i każe spojrzeć na znane rzeczy w nowy sposób. Opowieść jest o trzynastoletnim chłopcu, ale to historia mroczna i przejmująca, mówiąca o bólu, stracie i nieszczęściu. To trudna historia, a przez to jeszcze bardziej poruszająca. Dzięki perfekcyjnemu wykonaniu, pomysł przerodził się w prawdziwą opowieść. Patrick Ness stanął na wysokości zadania i doskonale przedstawił pomysł Siobhan Dowd. Od samego początku, od pierwszego zdania historia nas wciąga i nie puszcza, aż będzie koniec. Prosty, bezpośredni styl, bez żadnych ulepszaczy i upiększaczy, cały czas podtrzymuje w nas niepokój. Poznajemy kolejne wydarzenia, i niby wiemy już, o czym czytamy, niby możemy się już domyślać, co może się wydarzyć – ale w dalszym ciągu przewracamy kartki z niepokojem. Trzecim elementem, który buduje wyjątkowość tej książki są ilustracje. Ilustracje, które nie są tutaj jedynie dodatkiem – one tworzą tę historię na równi z tekstem. Jim Kay, ich twórca, wziął przebijający w tekście niepokój i jeszcze bardziej go podkręcił. Razem, tekst i grafiki, sprawiają wrażenie, jakby to był jakiś horror, albo bardzo przerażająca historia, a nie opowieść o chłopcu z chorą mamą. A jednak.

Siedem minut po północy to przepiękna, wzruszająca, ale przede wszystkim tak bardzo prawdziwa opowieść. Dowód na to, że o rzeczach trudnych, bolesnych i przerażających, można opowiadać bez zbędnej podniosłości, popadania w dramatyzm, moralizatorstwo czy dobrej rady. To wspaniała lekcja życia, odwagi, nadziei i oswajania smutku. Tak jak już pisałam – absolutnie fenomenalna. Wszystkie elementy – pomysł, wykonanie, grafika – tworzą historię, której długo nie zapomnicie. To taka książka, którą chcesz mieć i co jakiś czas do niej wracać. Która ukoi cię w twoim smutku, doda nadziei i siły. Piękna, piękna rzecz.

1 grudnia odbył się w Warszawie specjalny pokaz filmu Siedem minut po północy, a dzięki Regałowi Nowości miałam okazję na nim być. Tak jak napisałam na samym początku, cieszę się, kiedy pewne historie do mnie wracają. Cieszę się tym bardziej, że powstał film na podstawie książki, którą każdy powinien znać. A wiadomo – jest film, zrobi się szum, więc i po książkę sięgnie więcej osób. Dla mnie w każdym razie, po lekturze i seansie, Siedem minut po północy pozostanie historią, która zdecydowanie lepiej brzmi na papierze niż na ekranie.

Film i książka to dwa skrajnie odmienne media, które jednak mogą pokazać znakomitą opowieść w bardzo dobry sposób, sięgając jedynie po różne środki. W książce autor ma tę przewagę, że może napisać, co bohater czuje lub myśli. Reżyser musi to pokazać. I o ile Patrickowi Nessowi jako autorowi udało się znakomicie, jako scenarzyście już nie do końca. Scenarzyści powinni być bajarzami, w końcu chodzi o to, by dobrze opowiedzieć historię. W książce mamy zdania, które wbijają nas w fotel; momenty, które odkrywają przed nami jakieś fragmenty rzeczywistości, miejsca, w którym nagle rozumiemy więcej. Obserwujemy przemianę Connora, uczestniczymy w niej, dlatego jest dla nas tak bardzo emocjonalna. Bo odkrywamy prawdę razem z nim.

W filmie tego wszystkiego zabrakło. Patrick Ness doskonale napisał historię, ale nie wiem, na ile rozumie język filmowy. Mam wrażenie, że wydawało mu się, że wystarczy wziąć scenę z książki i ją nakręcić, zrobić tak kilka razy i powstanie doskonały film. Niestety tak to nie działa. Owszem, powstał film piękny wizualnie, z kilkoma dobrymi momentami, może nawet w jakiś sposób wzruszający, ale jednocześnie jest to film dosyć przewidywalny, niebudujący więzi emocjonalnej z bohaterem, niepokazujący jego przemiany. Wszystkie rzeczy, które widz powinien czuć, dostał odgórnie, film nie stawia odbiorcy żadnych pytań w trakcie oglądania. Tak jakby skupienie twórców poszło na to, by przedstawić chronologicznie wydarzenia z książki, ignorując to, co w niej najważniejsze, czyli emocje.

Poruszająca i głęboka opowieść, która zapada w pamięci czytelnika, została tutaj przedstawiona dosyć płytko i nieumiejętnie. Twórcy skupili się bardziej na formie, niż treści. W efekcie mamy bardzo ładny film, z ciekawymi efektami (opowieści ilustrowane akwarelami – bezbłędne!), ale na poziomie emocjonalnym film w ogóle nie dorównuje książce. Ostatecznie może ciężko mi to oceniać, bo znam książkę i przez jej pryzmat patrzę na film. Ale pamiętam swój zachwyt nad tekstem i chciałam tak samo zachwycona i wzruszona wyjść z kina. Niestety tak się nie stało. W książce wszystko jest jasne – kto jest bohaterem, z jakimi emocjami mamy do czynienia, czym tak naprawdę jest potwór i co symbolizuje, i dlaczego tak, a nie inaczej. Rozumiemy, jaki jest cel tej opowieści. Po filmie mam wrażenie, że jedynym celem twórców było wzruszenie mnie małym chłopcem i jego chorą mamą, na dodatek za pomocą dosyć oczywistych narzędzi filmowych. A kiedy ktoś mi mówi, że mam być wzruszona, zamiast sprawić, że będę, to ja raczej się go nie słucham.

Doceniam fakt przeniesienia tej opowieści na ekran. Niech leci w świat. Ale zanim wybierzecie się do kina, przeczytajcie książkę i zachwyćcie się nią. Diana Chmiel Bardziej lubię książki niż ludzi

„Za rok o tej porze” Monika Sawicka

Za rok o tej porze Monika Sawicka Replika

  • Marta Młodawska
„Za rok o tej porze” to kontynuacja książki „Dobrze, że jesteś”. Tym samym, autorka sprawiła prezent swoim wiernym czytelniczkom, nakreślając dalsze losy Kornelii.

Kornelia, młoda kobieta po przejściach, wciąż stara się iść przez życie z podniesioną głową. Jej sercem wciąż targa cała masa emocji. Nadal rozpaczliwie poszukuje oparcia, zrozumienia i troski.

„Za rok o tej porze” to porcja nowych przemyśleń z obszaru psychologii oraz filozofii. Wszystko to wymieszane z mającymi motywować cytatami, a także rozważaniami głównej bohaterki, która wciąż nie może zaznać spokoju.

Pojawiają się nowe wątki i cała masa refleksji. Kto czytał „Dobrze, że jesteś”, z pewnością chętnie po raz kolejny spotka się z Kornelią. Być może jej rozważania sprawią, że ktoś poczuje się lepiej. Książka sprawia wrażenie nieuporządkowanej, ale ten stan rzeczy dobrze współgra z chaosem dziejącym się w głowie i życiu głównej bohaterki.

Monika Sawicka znów porusza tematy dotyczące przemocy domowej, toksycznej miłości czy śmierć najbliższej osoby. Stara się przekonać swoje czytelniczki, że warto żyć i wierzyć w miłość oraz ludzi, pomimo nękających nas przeciwności losu. Marta Młodawska Domowa Księgarnia

Przewiń do góry strony