Najciekawsze informacje z rynku:
Regał Nowości » Recenzje

Recenzje

„Wybacz mi” Karolina Klimkiewicz

Wybacz mi Klimkiewicz

  • Iwona Czyżykowska
Czasami mamy ochotę rzucić wszystko i odjechać gdzieś w głuszę, gdzie poukładamy sobie życie na nowo. Główna bohaterka powieści Wybacz mi autorstwa Karoliny Klimkiewicz właśnie tak postępuje. Jednak nie robi tego z chęci porzucenia życia w wielkim mieście. W niewielkim pensjonacie położonym w Bieszczadach czeka na nią rozwiązanie rodzinnej tajemnicy sprzed lat. Czy jej odkrycie przyniesie ukojenie skołatanemu sercu kobiety?

Dwudziestopięcioletnia Emilia od dziecka żyje w przeświadczeniu, że jej biologiczna matka nigdy jej nie kochała i dlatego porzuciła ją, gdy ta była mała. Najwięcej ciepła uzyskała od swojej macochy i przyrodniej siostry.

W dniu swoich urodzin Emilia dostaje tajemniczy list, z którego dowiaduje się, że jej matka chce się z nią spotkać. Na miejsce spotkania wyznacza niewielki pensjonat położony w górach. Dziewczyna bez wahania pakuje się i wyjeżdża. Czy jest to dobry pomysł?

W pensjonacie poznaje znajomych matki, którzy przyjmują ją w swoich progach oraz ich dzieci – Sebastiana, Hanię oraz Dymitra. Ale gdzie jest jej matka?…

Autorka książki miała bardzo ciekawy pomysł oparty na motywach, które dobrze znamy z literatury. Sentymentalna podróż do przeszłości, chwilowe odcięcie się od dotychczasowego życia, poszukiwanie siebie i prawdy. Są tu też tajemnicze listy, które mają poprowadzić bohaterkę ku rozwiązaniu rodzinnej zagadki i przekazać jej życiowe prawdy, ważne dla każdego z nas.

Jednak dobry pomysł nie do końca dobrze został zrealizowany. W książce miejscami występują błędy logiczne, a także niedopowiedzenia. To, co miało być jej największym atutem – przemyślenia i refleksie – nie zostało odpowiednio dopracowane, przez co podczas lektury czegoś nam brakuje. W trakcie czytania miałam wrażenie, że dialogi są nieco sztuczne, a sytuacje do nich prowadzące pisane są na siłę.

Słyszałam dużo dobrych opinii na temat debiutu autorki. Jednak sama nie mogę niestety porównać tych dwóch książek, gdyż nie czytałam Jeśli tylko… Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że następne książki autorki będą lepiej dopracowane pod tymi względami, gdyż pomysły są ciekawe, jednak brakuje im tego czegoś. Pewnej magii, która przyciąga do powieści obyczajowych. Iwona Czyżykowska Czytając

„Ostry dyżur” Michael Palmer

Ostry dyzur Palmer

  • Beata Wasilewska
Michael Palmer to amerykański pisarz o ugruntowanej pozycji wśród autorów thrillerów medycznych. Napisał kilkadziesiąt powieści, z których większość trafiła na listy bestsellerów. Jego twórczość cieszy się uznaniem czytelników także w Polsce, ostatnio za sprawą Wydawnictwa Replika, które sukcesywnie przypomina wybrane tytuły Autora. Wydane w 2017 roku „Siostrzyczki” oraz „Efekty uboczne” to trzymające w napięciu świetne thrillery.

Jeśli chcielibyście rozpocząć przygodę z książkami Michaela Palmera lub znajdujecie się w gronie jego wielbicieli, to nadarzyła się kolejna dobra ku temu okazja, ponieważ pojawiła się powieść „Ostry dyżur”. Książka, napisana w 1996 roku, całkiem dobrze radzi sobie w obecnej rzeczywistości, bez problemu może konkurować ze współczesnymi thrillerami, w których lekarze walczą o życie pacjentów, narażając się nieraz na kłopoty.

„Ostry dyżur” to solidnie opracowana powieść, w której fabuła sprawia, że nie jest łatwo porzucić książkę dla innych czynności, tym bardziej tych zupełnie prozaicznych, jak sen czy jedzenie. Czytając ją bez wytchnienia zdajemy się przypominać lekarzy pracujących w powieściowym Patience, malowniczo położonym miasteczku w Kalifornii. Szczególnie zaś jedną z nich, Abby Dolan, która podjęła pracę w Szpitalu Regionalnym. Młoda pani doktor przybyła do miasta w ślad za swoim narzeczonym, pragnąc stabilizacji u boku ukochanego. Oczywiście, jak to w powieściach bywa, nie cieszy się długo wymarzoną stabilizacją. Do szpitalnej izby przyjęć trafiają pacjenci, których nie można jednoznacznie zdiagnozować. Abby próbuje rozwikłać coraz bardziej tajemnicze przypadki medyczne, ale natrafia na mur niechęci ze strony władz szpitala i innych ważnych dla miasteczka osób.

Tymczasem niezidentyfikowana choroba zaczyna zbierać krwawe żniwo, pojawiają się pierwsze śmiertelne przypadki. Abby Dolan, nie dojada, nie śpi (a my wraz z nią), wszczyna własne śledztwo, które prowadzi ją do siedziby miejscowego koncernu wytwarzającego baterie Colstar International, a następnie złowieszczego odkrycia, sprawiając, że lekarka stawia wszystko na jedną kartę, aby ratować pacjentów, swoje życie i karierę.

Fabuła powieści zasługuje na pochwałę, mamy tutaj do czynienia z ciekawymi eksperymentami medycznymi prowadzonymi na granicy prawa przez koncern farmaceutyczny, które wydają się być jak najbardziej realne. Poza tym bardzo istotne jest napięcie, które towarzyszy nie tylko głównej bohaterce, ale również czytelnikowi, który niejednokrotnie próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, ile jesteśmy w stanie poświęcić dla dobra ogółu.

Lubię książki Michaela Palmera, są łatwe w odbiorze, jednocześnie zawierają odpowiednio dawkowaną wiedzę medyczną (wszak Autor był lekarzem z dwudziestoletnią praktyką). Ponieważ nie jestem lekarzem, trudno mi stwierdzić, czy po ponad dwudziestu latach, informacje te nie zestarzały się. Jednak czytając „Ostry dyżur” czułam, że mogłabym bez zastrzeżeń trafić do izby przyjęć, i poddać się badaniu przez doktor Dolan. Każdemu życzę tak oddanej pacjentowi i rzetelnej lekarki. Nawet jeśli nie sprostałaby wysokim standardom narzuconym przez Michaela Palemera, i nie zachowywałaby się niczym nieustraszona agentka służb specjalnych. Ten aspekt można potraktować z przymrużeniem oka, ciesząc się możliwością przeżycia mrożącej krew w żyłach przygody, której zakończenie przynosi spore zaskoczenie.

„Ostry dyżur” Michaela Palmera to lektura w bardzo dobrym stylu, napisana w zgodzie z najlepszymi prawidłami rządzącymi thrillerami medycznymi. Od samego początku wabi tajemnicą, która sprawia, że poziom zaintrygowania opisywanymi wydarzeniami nie zmienia się, aż do końca powieści.

Poza tym warto zastanowić się nad pomysłem zaproponowanym przez Autora, w obliczu współczesnych kwestii związanych z terroryzmem, wydaje się on być jak najbardziej realny. Tym bardziej, że historia zna wiele zagrożeń, jak choćby reperkusje po przeprowadzonych testach na Poligonie Nevada w 1957 roku. Narażanie życia kliku tysięcy żołnierzy na napromieniowanie niczym nie odbiega od eksperymentów, którym poddawano mieszkańców uroczego Patience w powieści Michaela Palmera.

Jeśli macie ochotę na dobrze opowiedzianą historię, w której intryga przynosi wiele oryginalnych zwrotów akcji, a postaci sprawiają wrażenie całkiem realnych, sięgnijcie po powieść „Ostry dyżur”. Moim zdaniem nie znajdziecie wiele takich książek, w których dużo uwagi poświęca się pracownikom szpitalnej izby przyjęć, gdzie lekarze i pielęgniarki pracują pod ogromną presją, a mimo to udaje im się postawić trafne diagnozy. Chyba, że mają do czynienia z przypadkami pacjentów kwalifikujących się do grona NMPCPJ. Chcielibyście wiedzieć, co to oznacza? Ja Wam tego nie zdradzę. Wszystkie odpowiedzi znajdziecie na „ostrym dyżurze” u sympatycznej i inteligentnej doktor Abby Dolan. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Dwa oblicza” Agnieszka Bednarska

zaklety-papier-agnieszka-bednarska-dwa-oblicza

  • Beata Wasilewska
Ostatnio mam szczęście do polskich autorek, które mieszkają i tworzą poza Polską. Tym razem miałam okazję przeczytać powieść Agnieszki Bednarskiej, która od kilkunastu już lat pisze książki w Wielkiej Brytanii. Jej powieść pt. „Dwa oblicza” została właśnie wydana w Polsce, w rodzinnym i debiutującym na naszym rynku wydawnictwie Zaklęty Papier, którego właściciele uwierzyli w talent i moc twórczości pisarki na tyle, by jej książka stała się ich pierwszym wydawniczym dzieckiem.

„Dwa oblicza” to powieść, której nie można jednoznacznie zakwalifikować do konkretnego gatunku literackiego. Z jednej strony mamy historię w pełni obyczajową, z drugiej zaś prozę z elementami grozy, choć w delikatnym wydaniu, jak również przepełnione tajemnicą fragmenty tekstu, którego nie powstydziłby się niejeden autor związany z powieścią metafizyczną. Oryginalna mieszanka, prawda? Moim zdaniem to jedna z najważniejszych zalet książki Agnieszki Bednarskiej. Autorka umiejętnie żongluje konwencjami literackimi, w niejednoznaczny sposób prowadzi czytelnika przez meandry opowieści o zrujnowanym szpitalu na pewnym wzgórzu, którego mury skrywają tajemnice wykraczające poza świat ludzi twardo stąpających po ziemi. A jaki jest tego początek?

Pewnego dnia u podnóża Dwóch Oblicz pojawiła się Sonia – jedna z bohaterek powieści. Nie przybyła znikąd, przyjechała taksówką wraz z Malwiną, starszą panią, która postanowiła otoczyć opieką zagubioną i nieszczęśliwą młodą dziewczynę, której życie bardzo niebezpiecznie skręciło w złą stronę. Oczekująca dziecka Sonia, zdecydowała się na ucieczkę z domu, oszukana przez ojca nienarodzonego dziecka oraz rodziców, próbuje poukładać sobie świat. I nie byłoby to wcale łatwe, gdyby nie wspomniana starsza pani. Spotkana w kolejowym przedziale Malwina roztacza wokół siebie aurę dystyngowanej i szczodrej damy, która za wszelką cenę chce pomagać innym kobietom. Tylko czy na pewno bezinteresownie?

Agnieszka Bednarska dzięki postaci miłej i eleganckiej staruszki ukazała spektrum emocji, które towarzyszą ludziom zmagającym się z własnymi niepowodzeniami, ukazując kobietę skomplikowaną, która zdecydowała się na czyny niegodne w imię wyższych wartości, podjęła próbę odpowiedzi na pytanie, jak daleko można się posunąć realizując swoje marzenia.

„Dwa oblicza” to przede wszystkim opowieść o kobietach i mężczyznach, którzy mieli swoje marzenia, ale także tajemnice i niespełnione pragnienia. To także powieść o tym, że czasem bardzo trudno jest zaakceptować to, co daje nam los, bo wciąż mamy nadzieję na otrzymanie nowej szansy. Co jednak uczynić, jeśli szansa nie nadchodzi? Otóż można posunąć się do rzeczy, których na co dzień nie pochwalamy, do małych oszustw, wielkich kłamstw, zdrady a nawet zbrodni. W szaleńczej pogoni za szczęściem można skrzywdzić wielu ludzi, wystawić na próbę więzy rodzinne i prawdziwą przyjaźń. Czy można znaleźć ukojenie, nawet jeśli nasi bliscy nie mogą wybaczyć nam niektórych postępków?

O tym wszystkim pisze Agnieszka Bednarska i robi to bardzo dobrze. Jej narracja powoduje, że chcemy odkrywać kolejne elementy misternie skonstruowanej układanki. Autorka umiejętnie buduje atmosferę napięcia, przechodząc płynnie od obyczajowej historii do stron wypełnionych dawką grozy podanej ze smakiem, bo choć nie ma tutaj krwawych scen, to czujemy jednak oddech czegoś nieodgadnionego na swoich plecach. Nie może być inaczej, skoro większość wydarzeń rozgrywa się w dawnym szpitalu psychiatrycznym i to w pobliżu cmentarza. Wewnątrz słychać dziwne dźwięki, a stali mieszkańcy skrywają mroczne tajemnice. Żeby było jeszcze bardziej klimatycznie możemy wejść do pokoju wypełnionego po brzegi książkami, by wertując je wraz z jedną z bohaterek, móc odkrywać kolejne sekrety. A jeśli ktoś potrzebuje silniejszych wrażeń niech spojrzy w jedno z okien domu na zboczu Dwóch Oblicz. Ktoś mocno wytrąci nas z równowagi. Ktoś będzie wodził nas za nos do końca, nawet wtedy, gdy będzie nam się wydawało, że wiemy już wszystko. Autorce udała się sztuka utrzymania czytelnika w szachu, do końcowego okrzyku: To jest mat! Innego rozwiązania nie będzie!

„Dwa oblicza” to dobra książka. Agnieszka Bednarska stworzyła ciekawą, zagmatwaną historię, w której udało się jej przedstawić niejednoznaczne postaci, uwikłane w najróżniejsze zależności. Umiejętnie zbudowała napięcie, pozwoliła sobie na odrobinę szaleństwa, a nam, czytelnikom, pozostawiła dużą swobodę w dokonaniu oceny pobudek, jakimi kierowali się bohaterowie jej książki. I najważniejsze, pięknie opowiedziała o sile miłości, w każdym jej wymiarze. O miłości, która może pomóc przezwyciężyć największe ludzkie ograniczenia.

Polecam Waszej uwadze książkę, która jest idealną lekturą na wieczór, szczególnie jesienny. „Dwa oblicza” to powieść, w której możemy przyjrzeć się ludzkiej naturze, i to w niejednej odsłonie. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Krew” Bartosz Szczygielski

krew szczygielski

  • Beata Wasilewska
Jak napisać książkę i osiągnąć sukces? Najlepiej tak jak uczynił to Bartosz Szczygielski, który po swoim debiucie powieścią „Aorta” został uznany za jednego z najbardziej obiecujących autorów kryminałów. Udało mu się wykreować ciekawych bohaterów, osadzić ich w dość znanym środowisku, opisać zbrodnię, która szokuje, a przy tym zachował świeżość spojrzenia, pisząc powieść, którą dało się odczytywać na wielu płaszczyznach. To, co zapoczątkował w „Aorcie”, zdecydował się kontynuować i rozwinąć w kolejnej swojej powieści, pt. „Krew”. Ponownie udało mu się zbudować historię, która poza warstwą kryminalną i śledztwem proponuje czytelnikowi jeszcze inne doznania, pozwalając mu przeżywać różnorodne emocje.

„Krew” to drugi tom tak zwanej pruszkowskiej trylogii noir, w którym komisarz Gabriel Byś, po dramatycznych wydarzeniach zakończonych strzelaniną, został odsunięty od prowadzenia wszelkich spraw kryminalnych. Na wniosek prokuratora, Bysia skierowano na obserwację psychiatryczną w szpitalu w Tworkach. W nowym, niezbyt przyjaznym środowisku, policjant próbuje dojść do ładu z samym sobą, oswoić demony, które zalęgły się w jego sercu, gdy osiągnął granicę własnego bólu.

„Krew” jest bowiem powieścią o tym, ile człowiek może znieść bólu, upokorzeń i zła. O ludzkich wyborach, traumach, przez które ludzie muszą przechodzić, by choć na chwilę zaznać odrobinę zwykłego szczęścia. Gabriel Byś był ambitny, przedkładał pracę nad życie rodzinne, chociaż wiedział, że taki układ musi skończyć się źle. Autor powieści zgotował mu los człowieka dotkniętego rodzinną tragedią. Nie wiem, czy ktokolwiek żyjący tak, jak bohater „Krwi” byłby w stanie uniknąć kłopotów.

Los policjantów jest przerażająco smutny, zwłaszcza tych, którzy muszą borykać się z działalnością mafijnych gangsterów, mimo, że nam, siedzącym wygodnie w fotelach, wydawać by się mogło, że to wszystko dzieje się jedynie w książkach i serialach telewizyjnych, a nawet jeśli, to nie są to dzisiaj sprawy wyjątkowo skomplikowane.

Z drugiej strony w tym świecie funkcjonują ludzie zaliczani do tak zwanego półświatku, młodociani gangsterzy, dilerzy, prostytutki. Dlaczego wybrali taką, a nie inną drogę? Jakie znaczenie ma określone środowisko w życiu każdego z nich? O tych aspektach ludzkiej egzystencji, jakże mrocznych, opowiada kolejna powieść Bartosza Szczygielskiego. Moim zdaniem, w drugim tomie cyklu, autor wrzucił swoich bohaterów w jeszcze większą przepaść i na dodatek zabrał im drabinę, po której mogliby wspiąć się na powierzchnię. Najważniejsze jednak jest to, że nie odebrał im odrobiny nadziei na to, że zawsze może być jakieś wyjście – z każdej sytuacji.

Co ciekawe, czytelnik może wybrać sobie bohatera, który będzie mu bliższy sercu. Nie sądziłam, że życie Kaśki Sokół – prostytutki, może wzbudzić we mnie tyle emocji. Tak bardzo chciałam, żeby jej się udało, żeby mogła wyjść na prostą, podziwiając przy tym jej upór i chęć utrzymania szacunku do samej siebie.

Dla mnie „Krew” to opowieść o budowaniu poczucia godności u kobiet, które społeczeństwo zepchnęło na margines. Postać Kaśki jest ważna w powieści, nie tylko jako bohaterki, której los powiązany jest z życiowymi wyborami policjanta z Pruszkowa. Młoda kobieta ma dług do spłacenia, ale wciąż wierzy, że może coś zmienić i uwolnić się od silnej zależności, od zamkniętego w swoim podziemiu Andrzeja Dziergi – mafiosa, który obdarza ją osobliwym uczuciem. I wyraża to za pomocą…młotka.

Oczywiście, powieść Bartosza Szczygielskiego jest kryminałem, ale nietypowym i niejednoznacznym. Na tym polega jego wartość i moc działania. Podobnie jak w poprzedniej części, została utrzymana filmowa konwencja w budowaniu fabuły i prowadzeniu narracji. Ważne są słowa – łączniki, które świetnie sprawdzają się w roli przeskoków do kolejnych scen. Sprawiają, że książkę czyta się szybko i, co ważne, bardzo płynnie. Na uwagę nadal zasługuje ironiczny ton, czarny humor i barwny język powieści, który sprawdza się w każdej sytuacji, zarówno w szpitalnej rzeczywistości, jak i wśród gangsterów czy policjantów, a nawet „strzelających selfie” chichoczących gimnazjalistek.

Jeśli chodzi o nową zagadkę kryminalną, to mamy do czynienia z odnalezionym na terenie szpitala psychiatrycznego ludzkim sercem. Kto i dlaczego pozostawił je w kamiennej misie? Jakie tajemnice skrywają pacjenci i personel szpitala? Gabriel Byś, niezależnie od tego czy nosi mundur, czy strój pacjenta, w głębi serca pozostaje policjantem, który zamierza rozwiązać tajemniczą sprawę. W pewnym sensie staje się ona remedium na jego osobiste i zawodowe problemy. A dla czytelnika cała sprawa jest również przyczynkiem do tego, by zmierzyć się z wykreowanym przez autora obrazem współczesnej mentalności polskiego społeczeństwa.

Nie brakuje rozmów o wierze, poszukiwaniu Boga i cudów. Poza tym obecny jest policyjny slang, dosadnie odnoszący się do kryminalnych wydarzeń. W powieści obecna jest również pewna doza szaleństwa. Gabriel Byś sam nie wie, co jest prawdą, a co wynikiem kreacji jego schorowanego umysłu. Pomysł z samodzielnym wyrywaniem zęba nie jest może nowy, ale jednak uwiarygadnia postać głównego bohatera, który zmaga się z prozaicznymi lękami.

„Krew” kończy się tak, że znowu miałam poczucie ciosu prosto w serce. Gdyby było można, zażądałabym od autora natychmiastowej kontynuacji tego spektakularnego finału. Tym razem, mam nadzieję, że da mi złapać oddech. Po „Aorcie” długo liczyłam i wypatrywałam na kolejnych stronach nowej powieści jakiegoś innego rozwiązania tego, co w zasadzie zostało przesądzone okrutnym zamysłem pisarza.

Bartosz Szczygielski mocno plącze nici losu swoich bohaterów. Mogę się na niego obrażać, denerwować, ale za to właśnie cenię najbardziej jego kryminalno-obyczajową historię. Za to, że potrafi grać na moich emocjach. I jeszcze za to, że bawi się konwencją, łączy gatunki, świetnie konstruuje fabułę i daje mi poczucie dobrze spędzonego czasu. „Krew” to kryminał, który bez dwóch zdań jest godny polecenia, niecierpliwie będę czekać na jego kontynuację. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Efekty uboczne” Michael Palmer

Efekty uboczne Michael Palmer

  • Beata Wasilewska
Miłośnikom thrillerów medycznych z pewnością nie trzeba przedstawiać amerykańskiego pisarza – Michaela Palmera. Zmarły w 2013 roku lekarz i autor znany jest z wielu powieści, w których udało mu się zgrabnie połączyć wiedzę medyczną z mrożącą krew w żyłach sensacyjną fabułą, zapadającą na długo w pamięci czytelników.

„Efekty uboczne” to jedna z pierwszych, wydana w 1984 roku, powieści w dorobku Michaela Palmera, którą wydawnictwo Replika postanowiło przypomnieć polskim czytelnikom. Podobnie jak wznowiony nie tak dawno thriller „Siostrzyczki” trzyma dobry poziom i stanowi idealną formę rozrywki dla każdego, kto chciałby zagłębić się w meandry świata medycyny. Wprawdzie oddalonego od naszego polskiego podwórka, ale przeżywającego podobne problemy, szczególnie natury finansowej, co stanowi jedną z większych bolączek służby zdrowia, niezależnie od umiejscowienia jej na mapie.

„Efekty uboczne” to udany thriller medyczny z kontrowersyjnym tematem działalności wielkich korporacji farmaceutycznych w tle. Pojawia się w nim kwestia nieetycznie prowadzonych badań nad nowymi lekami oraz motyw nazistowskiego uczonego wywodzącego swoje eksperymenty z czasów II wojny światowej. Sensacyjnie poprowadzony prolog wprowadzający czytelnika w okrutne doświadczenia przeprowadzane na więźniarkach w obozach śmierci zapowiada najważniejszy z wątków powieści, czyli przeprowadzanie nielegalnych testów medycznych. Ale ciekawych i bardziej współczesnych motywów fabularnych w „Efektach ubocznych” znajdziemy dużo więcej.

Akcja powieści, pomijając odniesienia do funkcjonowania wojennej machiny Trzeciej Rzeszy, toczy się w bostońskim szpitalu, w którym pracuje patolog Kate Bennett. Pani doktor staje przed wyborem nowej drogi w dotychczasowej karierze medycznej, jednocześnie próbując ułożyć sobie życie prywatne. Bogaty i wpływowy teść próbuje uszczęśliwić ją na siłę, a mąż domaga się jasnej deklaracji dotyczącej ich wspólnej przyszłości. Problemy rodzinne schodzą na dalszy plan, gdy okazuje się, że dwie pacjentki, których pozornie nic nie łączy, mają podobne objawy ginekologiczne i w efekcie wykrwawiają się na śmierć.

Gdy do szpitala trafia jej przyjaciółka cierpiąca z powodu niekontrolowanego krwawienia, doktor Bennett postanawia znaleźć wyjaśnienie niezwykłych przypadków i pomóc chorej. Nie zdaje sobie sprawy, że wokół niej zwierają szyki siły, które nie chcą dopuścić do ujawnienia, niekorzystnej dla świata medycznego, prawdy. Od tej chwili młoda kobieta będzie musiała stawić czoła nie tylko swoim rywalom w pracy, ale również znacznie potężniejszym personom, którym nie na rękę jest jej zainteresowanie pewną korporacją.

Książka zawiera sporo terminologii właściwej dla lekarskiego świata, ale to nie przeszkadza w jej odbiorze. Wprawdzie nie analizowałam jakoś szczególnie różnych opisywanych przez Palmera przypadków medycznych, żeby sprawdzić czy są one możliwe, ale uznałam, że mogę zaufać  w powyższej materii autorowi – lekarzowi. Będąc laikiem, raz czy dwa zdecydowałam się sprawdzić znaczenie niektórych trudniejszych dla mnie pojęć. Pod tym względem uważam lekturę „Efektów ubocznych” za całkiem udane doświadczenie.

Wielkie pieniądze i medycyna. Chciwość i odwieczna żądza panowania nad światem. Kontrola urodzeń i zagrożenie bioterroryzmem. To najważniejsze kwestie, które Michael Palmer poruszył w swojej powieści. I chociaż jego bohaterowie funkcjonują w rzeczywistości sprzed ponad półwiecza to wiele z wątków wciąż jest aktualnych. Autor pisze zajmująco i w przemyślany sposób, potrafi zgrabnie połączyć tematykę zarezerwowaną dla wybranych – wszak nie wszyscy jesteśmy lekarzami, z trzymającymi w napięciu scenami rodem z najlepszych filmów sensacyjnych. Co powiecie na ucieczkę po śniegu przed mordercą, który wydawał się Waszym przyjacielem?

Czytając powieść Palmera parokrotnie natkniemy się na egalitarne motto towarzyszące niektórym bohaterom:

Najwięcej dobra dla największej liczby ludzi, za najniższą cenę.

Słowa te brzmią pięknie i dumnie. Warto zastanowić się nad ich głębszym znaczeniem. Moim zdaniem to jeden z ważniejszych problemów poruszonych przez autora powieści.

„Efekty uboczne” to smakowity kąsek dla wszystkich, którzy lubią się bać, ale potrzebują do tego trochę bardziej skomplikowanej fabuły, garści teorii spiskowych i zajmujących przypadków medycznych, które mogą wywołać panikę. Opisy niektórych szokujących przypadków medycznych są naprawdę obrazowe, mogą wywołać nagłą chęć przebadania się. Oby tylko nie przy bezgranicznym zaufaniu do systemów komputerowych, które wydają się wypierać czynnik ludzki przy podejmowaniu kluczowych decyzji dotyczących naszego zdrowia.

„Efekty uboczne” to książka pełna emocji, zwrotów akcji i ciekawych bohaterów. Zanim sięgniecie jednak po kolejny lek, zerknijcie do „Efektów ubocznych”. Kto wie, może coś jest na rzeczy? Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Rodzinne więzy” Julie Lawson Timmer

Rodzinne więzy Julie Lawson Timmer

  • Beata Wasilewska
Zdecydowana większość ludzi uważa, że rodzina jest niezbędnym warunkiem do tego, żeby być w pełni szczęśliwym. Najlepsze scenariusze na szczęście zakładają, że powinna to być rodzina tradycyjna, w której wszyscy się kochają i odwołują się do jasno określonych ról. Ale życie pisze różne scenariusze, nie zawsze zgodne z naszymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. Często stajemy przed wyzwaniami, które kształtują nasz charakter, burzą schematy i wystawiają nas na próbę. Dzieje się tak, gdy pragniemy zbudować właściwe relacje w rodzinie zrekonstruowanej, popularnie zwanej patchworkową. Opowieść o nietypowej rodzinie, jej dramatach, małych radościach i mozolnie budowanym szczęściu proponuje czytelnikom Julie Lawson Timmer w powieści, pt. „Rodzinne więzy”.

Stare i mądre powiedzenie głosi, że rodziny się nie wybiera. Ale czy na pewno? Julie Lawson Timmer zdecydowała rozprawić się z tym popularnym sądem. W swojej powieści postawiła na więzy, które łączą ludzi o wiele piękniej niż te, które, często tylko formalnie, występują w tradycyjnych rodzinach.

Gdy najważniejsza z więzi, obecna w rodzinie Char Hawthorn, zostaje nadszarpnięta za sprawą tragicznego w skutkach wypadku, kobieta musi zmienić swoje życie. Pozostawiona sama z nastoletnią pasierbicą rozumie, że nie ma już umocowania prawnego, by móc się nią opiekować. W jedną zimową noc idylliczny obraz szczęśliwej rodziny Bradleya, Char i Allie traci swój koloryt. Rozpoczyna się historia budowania szczęścia na nowo, w zupełnie innej, nieznanej i trudnej do poukładania przestrzeni, w której bohaterowie powieści starają się odnaleźć właściwe miejsce.

Char Hawthorn była żoną i macochą, mającą całkiem dobre notowania u piętnastoletniej Allie. Po śmierci męża stanęła na rozdrożu, musiała poradzić sobie z własnym smutkiem, ale także z uczuciami nastolatki, która potrzebowała jej wsparcia.

W jednej chwili Char była żoną, macochą, jedną trzecią rodziny, by za moment stać się nikim.

Relacje z Lindy – biologiczną matką dziewczyny – nie ułatwiały rozwiązania rodzinnych problemów. Zajęta swoimi sprawami i wiecznie zapracowana Lindy postanawia zdecydować o losie swojej córki, ale mieszka i pracuje w oddalonej o ponad trzy tysiące kilometrów Kalifornii. Dlatego na pewien czas, teoretycznie dla dobra córki, decyduje się oddać ją pod opiekę drugiej żony byłego męża. Z jednej strony niemająca czasu na macierzyństwo konsultantka z Hollywood, z drugiej Char znająca jedynie rolę macochy, a między nimi piętnastoletnie dziecko, które z dnia na dzień musiało zmienić swoje życie. Trzy bohaterki rodzinnego dramatu, którym autorka powieści przeznaczyła skomplikowane role. Ale to nie wszystko.

Na drugim planie toczy się historia dziesięcioletniej Morgan Crew dziewczynki, która przeszła długi szlak w rodzinach adopcyjnych, by na koniec trafić pod dach pary mającej syna o specjalnych potrzebach. Allie opiekuje się nią, udzielając jej korepetycji w ramach szkolnego programu liceum. Między dziewczynkami zawiązuje się ważna więź, która zdeterminuje ich dalsze losy. Pewnego dnia Morgan znika. Skomplikowane relacje rodziny Allie stają się jeszcze bardziej pogmatwane…

Julie Lawson Timmer napisała powieść o bolesnych sprawach, ale bez zbędnego bagażu negatywnych emocji. Fabuła złożona z codziennych drobiazgów, które w rzeczywistości towarzyszą każdemu z nas powoduje, że łatwo było się w niej odnaleźć. Postaci nie rozczarowują, ponieważ zachowują się naturalnie. Niektóre ich decyzje mogą drażnić i śmieszyć, ale przez swą nieprzewidywalność wzbudzają zaufanie. Po prostu są takie jakie być powinny.

Moim zdaniem historie opisane w „Rodzinnych więzach” są na wskroś prawdziwe. Autorka w piękny sposób zestawiła marzenie o prawdziwym macierzyństwie z matczyną troską i niedojrzałą biologiczną matką, która wykonuje swoje obowiązki tylko wtedy, gdy jej harmonogram zawodowy na to pozwala.

„Rodzinne więzy” Julie Lawson Timmer to powieść o rozpaczliwym pragnieniu bezwarunkowej miłości, ale także o braku matczynej troski i budowaniu rodziny na nowym fundamencie. Autorce udało się nawiązać kontakt z czytelnikami poprzez przemyślaną opowieść, w której starała się posklejać, rozbite na drobne kawałeczki, dotychczasowe życie swoich bohaterów. Oddała atmosferę codziennych relacji międzyludzkich, zwyczajnych czynności i spraw.

Poza tym wprowadziła do swojej powieści naprawdę ważny temat, czyli kwestię funkcjonowania rodzin zastępczych. Zrobiła to z dużym wyczuciem, gdyż na pewno nie jest łatwo odnieść się do porzucania dzieci przez ludzi, którzy z bardzo różnych pobudek decydują się wejść w role opiekunów prawnych. Warto zgłębić tę tematykę, tym bardziej, że skala problemu, również w Polsce, jest ogromna i ważna.

Komu mogę polecić lekturę „Rodzinnych więzów”? Myślę, że wszystkim tym, którzy cenią sobie dobrze opowiedziane historie. Zwyczajne, ale jednocześnie poruszające problemy, które są nam bliskie. Powieść Julie Lawson Timmer to interesujący głos wpisujący się w dyskusję o rodzinie, system opieki zastępczej i kwestie prawne regulujące funkcjonowanie rodziny, gdy rodzic umiera. Warto przeczytać książkę, która wzrusza, czasem bawi, ale daje również wiele do myślenia. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Jeśli tylko…” Karolina Klimkiewicz

Jeśli tylko… Karolina Klimkiewicz

  • Beata Wasilewska
Sięgając po książkę Karoliny Klimkiewicz, pt. „Jeśli tylko…” spodziewałam się lekkiego, letniego romansu, idealnego na wakacyjny urlop. Lektura kilku pierwszych stron powieści podtrzymała we mnie to, jakże mylne, przekonanie. A co było dalej? Niekonwencjonalnie, zaskakująco i świeżo.

Oto bowiem, już na samym początku, pojawiła się para bohaterów. On – przystojny, z dobrymi perspektywami na przyszłość i ona – piękna, ale tajemnicza dziewczyna z plaży. Wszystko wskazywało na to, że będę świadkiem rodzącego się powoli płomiennego romansu między bohaterami, którzy znali się od dzieciństwa. A jednak tak się nie stało, a przynajmniej nie tak, jak mogłam się tego spodziewać.

Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem okazała się narracja zastosowana w powieści, która jest prowadzona z perspektywy głównego bohatera – mężczyzny. To ciekawy zabieg, ponieważ męski punkt widzenia zawsze wprowadza świeże spojrzenie na kontakty obu płci. Należy wszak pamiętać, że powieść napisała kobieta, co z kolei zapewnia sporo emocji i kobiecego spojrzenia.

Tak czy inaczej, Leo przedstawia nam swoją historię, skupioną wokół najważniejszej kobiety jego życia – Leili. To w jej towarzystwie, niezależnie od okoliczności, Leo czuje się najlepiej. Bo ona wydaje się być zawsze dla niego, niczym przeznaczenie, którego nie jesteśmy w stanie zmienić. Leila jest piękna i wyjątkowa. Ale kim jest naprawdę? Jaką tajemnicę skrywa dziewczyna, którą można spotkać tylko na plaży? Leo próbuje zrozumieć istotę związku z kimś, kto rozumie go lepiej niż on sam. Gdy jego wierna przyjaciółka decyduje się na chwilę usunąć w cień, Leo próbuje ułożyć sobie życie i buduje związek z inną kobietą. Nie jest to jednak łatwe, bo Leo jest trudnym, w gruncie rzeczy bardzo egoistycznym partnerem.

Kobiety w moim życiu dzieliły się na stałe, jednorazowe i partnerki na jedną noc. Stałe zazwyczaj wytrzymywały najdłużej pół roku, jednorazowe towarzyszyły mi w niektórych okolicznościach – na weselu kumpla, imprezie, balu maturalnym czy wypadzie do kina na fajny film.

Egoizm mężczyzny ma swoje uzasadnienie w dzieciństwie Leo. Prędzej czy później uświadomi sobie pewne ważne okoliczności determinujące jego los. Nowe wydarzenia zmieniają zupełnie postrzeganie związku Leili i Leo, ale mają również wpływ na odbiór powieści. W moim przypadku pojawienie się wątku zmierzającego do rozwiązania tajemnicy pięknej kobiety z nadmorskiej plaży całkowicie zmieniło podejście do opisywanej historii. Powieść stała się nietuzinkowa i jedyna w swoim rodzaju.

Szczerze mówiąc takiego obrotu spraw się nie spodziewałam rozpoczynając lekturę powieści. Dość powiedzieć, że byłam pod wrażeniem, ponieważ autorce udało się odnieść do bardzo ważnych problemów, dotykających niejedną kobietę i niejedną rodzinę. Uczyniła to delikatnie i z wyczuciem. Niełatwo jest pisać o stracie, radzeniu sobie z bólem po śmierci bliskich.

Jednocześnie Karolina Klimkiewicz tak pięknie pisze o nadziei, matczynej i bezwarunkowej miłości, silniejszej niż śmierć. Wszystko to wzrusza i wywołuje spektrum emocji, które towarzyszyły mi do ostatniego rozdziału książki „Jeśli tylko…”.

Powieść kończy się pozytywnym przekazem, który uświadamia nam, że życie po starcie bliskich nigdy nie jest takie samo jak przedtem, ale zawsze możliwe jest odkrycie jego sensu na nowo. I wówczas z całą pewnością możemy być równie szczęśliwi.

„Jeśli tylko…” to powieść obyczajowa, która w oryginalny sposób mierzy się z problemami dotykającymi wielu z nas, z zagubieniem w uczuciach, doświadczaniem żałoby i stratą, którą tak trudno zaakceptować. Stanowi piękną deklarację miłości, wobec której nikt nie pozostanie obojętnym.

Powieść należy do tej grupy książek, które pamięta się na długo po przeczytaniu, ponieważ jej bohaterowie potrafią znaleźć miejsce w naszym sercu, aby wzruszać i ujawniać przed nami najbardziej skrywane emocje. Warto sięgnąć po debiut literacki Karoliny Klimkiewicz, ponieważ tą książką autorka zaskarbia sobie zaufanie. Moją duszę poruszyła do głębi, za co dziękuję. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Siostrzyczki” Michael Palmer

Siostrzyczki Michael Palmer

  • Beata Wasilewska
Michael Palmer – lekarz i autor bestsellerowych thrillerów medycznych zmarł w 2013 roku. Do dziś uważany jest za jednego z ważniejszych pisarzy zajmujących się tą tematyką. Jego książki przetłumaczono na trzydzieści pięć języków i wydano w wielu krajach, w tym również w Polsce. Wydawnictwo Replika postanowiło przypomnieć debiutancką powieści Michaela Palmera z 1982 roku pt. „Siostrzyczki”.

Powieść z pewnością docenią miłośnicy gatunku, chętnie sięgający po książki, których akcja rozgrywa się w szpitalach, pośród ratującej życie medycznej aparatury, w otoczeniu lekarskich kitlów i pielęgniarskich uniformów.

„Siostrzyczki” to zajmujący thriller medyczny z kontrowersyjnym i skłaniającym do refleksji problemem eutanazji w tle. Nie spodziewajcie się jednak poważnej dysputy na ten temat. Owszem, temat istnieje, ale służy raczej temu, aby podtrzymać napięcie na wysokim poziomie, dostarczyć czytelnikom dobrej rozrywki i pozwolić im w ekscytacji dotrwać do zaskakującego zakończenia.

Czas przedstawić fabułę powieści. Oto w jednym z bostońskich szpitali pacjenci po przeprowadzonych z sukcesem operacjach umierają w tajemniczych okolicznościach. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje poza grupą pielęgniarek należących do tak zwanego Stowarzyszenia Sióstr Życia. Jest to tajna organizacja, której członkinie uśmiercają nieuleczalnie chorych pacjentów dla ich dobra, w imię celów etycznych decydują się ulżyć cierpieniu tych, którzy funkcjonują w większości przypadków dzięki działającej aparaturze medycznej. Podając im śmiertelną dawkę morfiny wierzą, że śmierć pacjenta będzie spokojna i łagodna.

Członkinie stowarzyszenia działają w dobrej wierze, wśród nich jedna z głównych bohaterek powieści, pielęgniarka Christine Beall. Poza nimi funkcjonuje również grupa członkiń Ogrodu. Ich działalność nie ogranicza się jedynie do przypadków, którymi zajmuje się Stowarzyszenie Sióstr Życia. Nie chodzi im już tylko o eutanazję, zabijają na zlecenie, z chęci zysku. O tej grupie wiedzą nieliczni, wśród nich szefowa doktora Davida Sheltona, który w powieści „Siostrzyczki” jest postacią pierwszoplanową.

David jest chirurgiem, próbuje odbudować swoją karierę po tragicznym wypadku rodzinnym i osobistym kryzysie. Zgadza się przejąć pacjentów jednego z utytułowanych lekarzy, bo może być to droga do wymarzonego sukcesu. Skutki tej decyzji okażą się fatalne, jeden z pacjentów umiera, David zaś zostaje oskarżony o zabójstwo.

Od tego momentu akcja „Siostrzyczek” nabiera tempa. Do tego stopnia, że wraz z bohaterami musimy uciekać przed mordercą niemającym żadnych skrupułów. Po drodze giną ludzie, niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, ale zbliża również do siebie młodego chirurga i mającą wyrzuty sumienia pielęgniarkę. David i Christine wspólnie próbują dotrzeć do prawdy. Pomagają im zarówno postaci, jak i umiejętnie zastosowane przez autora powieści nagłe zwroty akcji.

Powieść Michaela Palmera to dobrze opowiedziana historia, która momentami potrafi przyspieszyć puls czytelnika. Na uwagę zasługuje motyw ucieczki przed mordercą działającym na zlecenie. Ponadto zaciekawiła mnie kreacja postaci. Uważam, że zostały skrojone wiarygodnie. Autor był lekarzem, miał więc z pewnością sprawdzoną wiedzę na temat stosunków panujących wśród personelu medycznego, jak i procedur obowiązujących podczas zabiegów i operacji.

Jedyny mankament, jak dla mnie, to samo zakończenie, które mogłoby być bardziej złożone. Moim zdaniem, wobec wcześniej przedstawionej akcji, wypadło trochę blado. Z drugiej strony można to złożyć na karb debiutu pisarskiego. Wówczas warto dać mu szansę i dopowiedzieć sobie resztę.

Powieść „Siostrzyczki” czyta się dobrze, to pozycja dla tych, którzy lubią ciekawie zawiązaną intrygę, medyczne historie z dreszczykiem i sensacyjną fabułę. Wydaje się, że jest to dobra książka na wakacyjny urlop. Przestrzegałabym jednak przed czytaniem jej w szpitalnym łóżku. W tym wypadku mogłaby okazać się niebezpiecznym lekarstwem na nudę. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Poszukiwana” Dean Koontz

Poszukiwana Dean Koontz

  • Beata Wasilewska
Dean Koontz jest jednym z najpopularniejszych pisarzy amerykańskich, który ma w swoim dorobku niebagatelną liczbę sprzedanych książek. Ponad 450 milionów egzemplarzy robi wrażenie. Kilkadziesiąt powieści i opowiadań napisanych w ciągu niemal pięćdziesięciu lat może imponować. Wiele z nich trafiło na wszelkie możliwe listy bestsellerów, część została sfilmowana, inne zostały uhonorowane ważnymi nagrodami. Prawdopodobnie wśród wielbicieli literatury grozy, thrillerów i wszelkich niesamowitości powieści Deana Koontza zajmują poczesne miejsce. Czy do tego grona należy powieść „Poszukiwana”? Warto się przekonać.

Opowieść, którą Dean Koontz serwuje czytelnikom jest thrillerem, po części okraszonym elementami horroru, magii i pewnej nadprzyrodzoności. Chwilami niepokojąca, nieco paranoiczna, a nawet absurdalna i niedorzeczna, „Poszukiwana” jest pełna niespodzianek. Rozpoczynając lekturę lepiej być przygotowanym na wydarzenia rozgrywające się na granicy prawdopodobieństwa. Niektóre z nich mogą zaskoczyć swym surrealizmem. Jednocześnie mogą świadczyć o sile wyobraźni autora, który napisał powieść o roli podświadomości i imaginacji, mających wpływ na nasze życie.

Historia rozpoczyna się od dramatycznej diagnozy lekarskiej, którą usłyszała Bibi Blair, młoda i energiczna pisarka. Lekarze nie mają wątpliwości – czeka ją najwyżej rok życia. Na tyle czasu liczyć może pacjentka z glejakowatością mózgu. Rokowania są złe, ale Bibi mówi: „Zobaczymy”. Ona nie chce się poddać. I rzeczywiście zdarza się cud – nagle choroba znika. Dziewczyna może wrócić do domu. Uszczęśliwieni rodzice postanawiają sprawić córce wyjątkowy prezent. Inicjują spotkanie z tajemniczą wróżbitką, która uświadamia Bibi, że w zamian za dar życia będzie musiała zapłacić. Wyznaczono jej zadanie – ma znaleźć i ocalić Ashley Bell. Ale kim jest tajemnicza kobieta? Gdzie przebywa? W jaki sposób związana jest z bohaterką? Kwestie te są tajemnicą dla wszystkich.

Od tej chwili rozpoczyna się niewiarygodna sekwencja zdarzeń, które wymykają się zdrowemu rozsądkowi. Bibi Blair wyrusza na poszukiwanie tajemniczej Ashley Bell, staje się celem wrogo nastawionych ludzi, spotyka na swej drodze wszelkiej maści dziwaków, psychopatów przepełnionych nienawiścią, w tym neonazistę, który usiłuje zmusić ją do zakończenia wyjątkowej misji.

Tempo powieści jest szybkie, nagłe zwroty akcji wprowadzają czytelnika na coraz to nowe ścieżki absurdu. Mamy wrażenie, że coś tutaj jest nie tak. Gdy myślimy, że już dziwniej być nie może autor podaje kolejne wskazówki, które uspokajają nas, bo wracamy na właściwe tory. Przynajmniej tak nam się wydaje. Kiedy w szpitalnej sali widzimy bohaterkę pogrążoną w śpiączce mamy wrażenie, że Dean Koontz zdradził już wszystko. Oto młoda dziewczyna ma pełne fantazji, niemal dadaistyczne sny. W jakiś sposób łączy się telepatycznie ze swoim chłopakiem. To jedna z postaci, które otaczają bohaterkę, są dla niej ważne i mają na nią wpływ. Wprowadzenie narracji z punktu widzenia Paxtona, żołnierza Marynarki Stanów Zjednoczonych sprawia, że zmienia nam się perspektywa postrzegania wydarzeń z pogranicza jawy i snu. Nasza wspólna wędrówka trwa nadal. Rzeczywistość i wyobraźnia splatają się z sobą, i zaskakują na każdym kroku. Jeśli zaakceptujemy pomysł autora możemy bez przeszkód śledzić jego surrealistyczną opowieść.

„Poszukiwana” to książka o sile wyobraźni, potędze podświadomości, ale także o koncepcji wolnej woli, która może pokonać wszelkie zło. W pewnym sensie jest to opowieść, która zawiera refleksje o przechodzeniu choroby. O raku, którego trudno jest zaakceptować i zrozumieć, z którym wciąż się walczy i nadal się przegrywa. Bibi Blair postanowiła powiedzieć śmiertelnemu zagrożeniu stanowcze nie.

Dean Koontz napisał powieść, w której strach miesza się z nadzieją. Wspomnienia z dzieciństwa determinują dorosłe życie. Podświadomość wpływa na nasze działania. Całość przybrała formę, którą zaakceptują wielbiciele literatury grozy, thrillerów, tajemnic i przygody w świecie wymykającym się wszelkim normom. „Poszukiwana” to oryginalna i trzymająca dobry poziom książka. Ciekawa, zaskakująca, skłaniająca do refleksji.

Przeczytajcie, pozwólcie sobie na odrobinę szaleństwa. Nie wszystko w naszym świecie poddaje się tylko rozumowi. A życie może być pełne niespodzianek. Beata Wasilewska Słowa jak marzenia

„Ciemna Strona Światła. Tunel Zagłady” Katarzyna Byjoś

fantasy landscape with big moon in the forest

  • Marta Młodawska
Decydując się na recenzowanie książek dziecięcych ponad rok temu, nie przypuszczałam, że z taką ciekawością będę sięgać po książki dla młodzieży z kategorii fantastyka.

Czekała na mnie historia zaczynająca się niezwykle zwyczajnie…

Kiedy już zagłębiłam się w lekturę książki poznałam wiele postaci tej opowieści, które razem tworzą plejadę bohaterów. Początkowo sądziłam, że to Mia będzie nadrzędną postacią tej opowieści. Myliłam się. Mia jest zwyczajną nastolatką, która myśli jak typowa dziewczyna w jej wieku. Kocha się w koledze z innej klasy, lubi spędzać czas z koleżankami, a zajęcia szkolne są tylko niemiłym epizodem w jej życiu.

Pewnego razu dziewczyna odkrywa w sobie tajemnicze moce, które mają nieopisaną siłę działania. Mia zostaje wplątana w niesamowity wir zdarzeń, z którego wyłoni się postać o zupełnie innym charakterze i spojrzeniu na świat. I, co ciekawe nie tylko ona posiada nadprzyrodzone zdolności…

Nie ukrywam, że czytając polską fantastykę dla młodzieży patrzę na opisywane historie nieco z góry, z perspektywy dorosłego człowieka. Co nieco tytułów zagranicznych również zaliczyłam. I jakkolwiek, by nie chwalić polskich autorów za próbę dotarcia do młodego czytelnika oraz pisanie historii z morałem, to męczy mnie okropnie myśl, że trudno naszym autorom wymyślić coś naprawdę oryginalnego.

Nie, nie uważam, że „Tunel Zagłady” jest złą książką. Tylko mam wrażenie, że jest w dużej mierze oparta na odtwarzaniu, bądź przystosowywaniu epizodów, pomysłów i zdarzeń z powieści fantasy światowego formatu.

Mimo powyższych zastrzeżeń, polecam Wam tę książkę, ponieważ będzie to kolejna historia, która wciągnie Wasze dzieci bez reszty. Przelane na papier przeżycia Mii mają wszelkie predyspozycje, by sprawić, że Wasze dziecko będzie identyfikować się z bohaterami. Marta Młodawska Domowa Księgarnia

Przewiń do góry strony